Szukasz psychologa w Katowicach? Nasza poradnia i gabinet zagwarantuje Ci pomoc!

LEPIEJ SIĘ NIE WYCHYLAĆ CZYLI SZKOŁA DLA PRZECIĘTNIAKÓW

Rzadko spotykam ludzi, którzy mają dobre wspomnienia ze szkoły. Pamiętają raczej nauczycieli, którzy się czepiali, kary za nieprzygotowanie jakichś zadań domowych czy niewłaściwe zachowanie, konieczność naginania się do wymagań, w których nie widzeli sensu. Z ich opowieści wyłania się obraz szkoły, w której chodziło raczej o to, żeby przyłapać na czymś ucznia, niż żeby czegoś go nauczyć. Byłam całkiem dobrą uczenicą, ale mnie też towarzyszyło poczucie, że potencjalnie jestem stale nie w porządku i w każdej chwili może to wyjść na jaw.

Z dość pokaźnej wiedzy psychologicznej o funkcjonowaniu grup wiadomo, że osoba prowadząca grupę może przytomnie kontaktować się najwyżej z kilkunastoma osobami. Powyżej tego progu już nie sposób podchodzić do każdego indywidualnie, orientować się w jego możliwościach, nawet trudno utrzymać w pamięci podstawowe informacje o poszczególnych osobach. Jak liczne były klasy, do których Ty chodziłeś? Moje miewały po 30-35 osób, w największej było nas 56. Siłą rzeczy byliśmy dla nauczycieli niesforną i niezróżnicowaną gromadą, którą trzeba było utrzymać w ryzach i wystawić stopnie, a nie uczyć i wychowywać.

Dla rodziców i prawie wszystkich nauczycieli właśnie stopnie były najważniejsze. Rozumiem, że w szkole musi istnieć pewien jednolity system ocen, ale ten, z którym mieliśmy do czynienia, był wyjątkowo niefortunny. Określał zestaw stereotypowych umiejętności i wiadomości, a cała procedura oceniania polegała na przystawianiu kolejnych uczniów do gotowego, bardzo sztywnego szablonu. Jeśli do niego pasowałeś – to dobrze, a jeśli nie – musiałeś strawić swoją porcję upokorzeń i informacji, jaki to jesteś kiepski.

Mieliśmy w liceum chłopaka, niezwykle zdolnego chemika. Uchodził wśród nas za geniusza, był pupilem pana od chemii, ale najbardziej rzucało się w oczy – pamiętam to wyraźnie do dzisiaj – że jest strasznie smutny. Miał ciężkie życie z innymi nauczycielami, z trudem przechodził z klasy do klasy i ledwie zdał maturę. Jakoś niezwykle wcześnie w olimpiadzie chemicznej zaszedł tak wysoko, żeby bez egzaminów dostać się na studia. Spotkałam go potem jeszcze parę razy i z przyjemnością stwierdziłam, że bardzo poweselał.

Nasz model szkoły w gruncie rzeczy najbardziej lubi takich, którzy są niekłopotliwi i układni. Podsłuchałam kiedyś odbierając córkę ze szkoły, jak nauczycielka z zachwytem mówiła do innej matki: ’’Kasia była dzisiaj taka grzeczna, taka grzeczna, jakby jej w ogóle nie było”. Ile musieli się nacieipieć ci, którzy odważyli się zaistnieć na lekcjach na swój własny sposób, przeciwstawić się nauczycielom. Jeden z twórców obecnej reformy naszego systemu oświaty opowiadał mi, że przebrnął całą szkołę z opinią ’’uczeń arogancki”, bo miewał własne zdanie. Tak, w szkole nie starano się o to, żebyś myślał o sobie dobrze, nabrał zaufania do własnych możliwości czy żebyś miał okazję przekonać się, jakie są Twoje mocne strony.

Jako pracownik poradni rodzinnej miałam wiele lat temu okazję oglądać szwedzki film ’’Język miłości”, sponsorowany przez Królewskie Towarzystwo Wychowania Seksualnego. W filmie czwórka lekarzy i pedagogów omawiała rozmaite aspekty oświaty seksualnej dla młodzieży, a poszczególne tematy były ilustrowane krótkimi scenkami. Szwe- dzi są-zgodnie z powszechnym przekonaniem – śmielsi od nas w mówieniu o seksie i pokazywaniu go na ekranie, ale wrażenie zrobiło na mnie całkiem co innego. Oto na przykład siedzą tam na ławce młodzi ludzie pieszcząc się i całując, on ma trądzik, a ona odciśnięty na ramiemieniu ślad po ramiączku od stanika. Albo pokazany tam fragment seksu małżeńskiego: dosyć zażywna pani w wałkach na głowie, ze śladami kremu na twarzy idzie do łóżka z łysiejącym panem z brzuszkiem w mało efektownej piżamie i skarpetkach.

Żadnego retuszu, żadnego upiększania – specjalnie po to, żeby było widać, że ci ludzie są zwyczajni. Właśnie to mnie zafrapowało: różnica między tym, co widziałam, a gładkimi, wypielęgnowanymi, idealnie pięknymi ciałami, jakie normalnie oglądamy na ekranie. Film, reklamy, ilustrowane tygodniki atakują nas takimi wizerunkami, do jakich mógłby się porównywać najwyżej jeden czy jedna na tysiąc.

Podobne Artykuły

Zostaw odpowiedź

Twoj adres e-mail nie bedzie opublikowany.